Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Dzień 2 - Wyprawa do Choroni

Droga do Choroni

 

Żeby wydostać się z hotelu, musimy obudzić recepcjonistę. Śpi sobie na materacu, na podłodze w ogromnym holu, a drzwi zamknięte są na klucz.

Jest szósta rano, sklepy jeszcze zamknięte więc ruszamy w stronę barów poznanych wczorajszego wieczora. Śmietnik jaki widzimy na ulicy trochę nas szokuje. Kilkanaście brudnych, wychudzonych psów rozgrzebuje zawartość plastikowych worków. Co kilkadziesiąt metrów natykamy się na wielką końską kupę. Butelki, puszki, papiery leżą dosłownie wszędzie w ilości takiej, jakby odbywał się tu wczoraj koncert topowej kapeli. Przypominają nam się czasy studenckie i Juwenalia w Krakowie. Po trzech dniach koncertów plac wyglądał podobnie, ale tam bawiło się kilka tysięcy młodych ludzi.

Pomiędzy drzewami widzimy kilka namiotów. W samym środku tego śmietnika kilkoro ludzi popija coś z butelek.

W powietrzu unosi się zapach maryśki. A może tylko nam się wydaje.... Gdzieś w środku mnie zaczyna śpiewać Kazik; ''jest tak brudno i brzydko, aż pękają oczy!”

Nie znajdujemy plaży, ale jakoś nie jest nam żal, bo chcę już stąd jechać. Za duży ten bałagan, za bardzo psuje moją wizję Karaibów.

Jeszcze tylko maleńka słodka kawa z termosu, sprzedawana przez jakąś babinkę, gorąca empanada z serem zjedzona przy lepkim od brudu stoliku i już pakujemy plecaki.

Postanawiamy jechać do Choroni. Machamy na pierwszy autobus z tabliczką z napisem; Caracas, wsiadamy i jedziemy.

Po drodze dowiadujmy się, że trzeba wysiąść przy stacji metra o nazwie Gato Negro. Tam wsiądziemy w metro, dojedziemy do dworca autobusowego, na którym znajdziemy autobus do Maracay. Potem wycieczka lokalnym autobusem po górach i wczesnym wieczorem powinniśmy być w Choroni. Gato Negro to hiszpański Czarny Kot. Gdybym skojarzyła sobie wcześniej, że jestem przesądna, to może poplułabym przez lewe ramię, albo trochę uważniej rozglądała się wokół siebie.

Droga do Choroni

 

Stajemy na ruchomych schodach, pod nogi upada mi jakiś człowiek, wygląda, jakby wciągnęło mu palce w szczelinę na końcu, próbuję nie wejść mu na głowę, Piotr za mną idzie po schodach do tyłu, ktoś coś krzyczy i po chwili okazuje się, że wszystkie kieszenie Piotra są puste. Te cztery sekundy wystarczyły, żeby wyciągnąć ze spodni 900$ i aparat fotograficzny. Tłum szybko znika a my zostajemy z wizją 16 dni w Wenezueli i osiemdziesięcioma jednodolarówkami wciśniętymi gdzieś do plecaka z przeznaczeniem na napiwki. I tymi paroma boliwarami, które wymieniliśmy wczoraj. Policjanci podchodzą do nas sami, mój płacz nawet trochę ich wzrusza ale w efekcie rozkładają ręce i nie robią najmniejszych nadziei na pomoc. Wykręcamy numer do ambasady, żeby spytać co powinniśmy zrobić w zaistniałej sytuacji, ale nikt nie odbiera przez kilka minut.

Trudno. Plecaki na plecy. Sprawdzamy co nam zostało. Mamy paszporty, mamy kartę kredytową, mamy namiot i śpiwory, jesteśmy cali i zdrowi. Płacz nic tu nie pomoże, a samolot powrotny odlatuje za wiele dni. Trzeba jakoś te dni przeżyć.

W metrze poznajemy Kailę, która pomaga nam dotrzeć do dworca autobusowego. Hałas, smog, brud w centrum Caracas jakoś nie poprawiają nam humorów. Autobus do Maracay jedzie ponad godzinę. Zasłonki zaciągnięte, klima ustawiona na jakieś 14 stopni. Naciągam śpiwór na głowę a i tak marznę. Piotr gawędzi z Kailą. Ona też jedzie do Maracay. Dziękujemy jej za pomoc i życzliwość.

Po wyjściu z zimnego wnętrza upał na dworcu wydaje się niemożliwy do zniesienia. Szukamy autobusu do Choroni. Kaila pomaga nam przedrzeć się przez tłum wrzeszczących kierowców. Każdy z nich chce wsadzić nas do swojego autobusu.

Trafiamy w końcu na tabliczkę z napisem; Choroni. Autobus wymalowany jaskrawo, na pokładzie ogromne głośniki. Przypomina mi się filmik z youtube widziany przed wyjazdem, zatytułowany; autobus śmierci. Nie chcę tym jechać, boję się. Piotr, widząc mój stan ducha podejmuje jedyną słuszną decyzję. Daje mi Xsanax i wsiadamy do autobusu.

Ta część relacji, która nastąpi teraz, oparta jest na przeżyciach Piotra. Tabletka, popita rumem zakupionym na pierwszym przystanku sprawia, że trzygodzinną podróż, w hałasie rozrywającym bębenki, przesypiam snem kamiennym.

Bank w Choroni

 

Kierowca tego pojazdu zna swoją trasę na pamięć. Nie brak mu tez fantazji i odwagi. Włącza hiszpańską muzykę i z kilku głośników ryczy skoczna melodia, słyszalna jakieś dziesięć kilometrów dookoła. Zamiast klaksonu, spod sufitu zwisa linka, wystarczy machnąć ręką, żeby w nią trafić. Skutkuje to wydobyciem sygnału podobnego do tych, które wydają syreny okrętowe. Trasa wije się wśród skał, drzew i przepaści. Droga jest wąska i bardzo kręta. Nie każdy zakręt udaje się pokonać na jeden raz. Ale kierowca wie, który się da, w końcu jeździ tą trasą po kilka razy dziennie.

I przecież nie będzie zwalniał z powodu zakrętu... Jedzie więc sobie po górach i karkołomnych pętlach z prędkością bliską 100km/h.

Wszystko co jedzie z przeciwka słysząc syrenę okrętową wciska się gdzieś pod skały i czeka aż autobus pojedzie i zwolni drogę. Las deszczowy, w którym oczywiście leje deszcz, nie jest powodem, żeby zwolnić. W deszczu, widoczność prawie zerowa, ale kierowca zna przecież drogę na pamięć, to po co zwalniać?

Piotr budzi mnie gdy wszyscy wysiedli już z autobusu. Stwierdza, że wszystkie kolejki w wesołych miasteczkach, jakieś pętle strachu i supermany mogą się schować. Tu jest prawdziwa droga strachu, niekontrolowana, nieplanowana i przez całe trzy godziny. Szczęśliwa jestem, że udało mi się nie obudzić podczas niej i tylko przez chwilę błyska mi myśl; jak wrócę?

Jeszcze nie całkiem rozbudzona staję po kilku minutach drogi na skraju długiej, pięknej plaży. Turkusowa woda, jasny piach, zielone palmy. Witajcie Karaiby! Nasz mały namiot rozbija się bardzo łatwo, więc dość szybko zakwaterowujemy się na końcu zatoki. Nasz pierwszy dzień w Wenezueli dobiega końca. Kończy się też rum. Zasypiamy wsłuchani w szum morza. Jutro będzie piękniejsze.

Mapa WenezueliZnajdź

Czy wiesz że?Wiki

Pogoda na Margaricie

...wyobraź sobie miejsce w którym codzienne twe ubranie to koszulka i szorty.

 (czytaj więcej)

S5 Box

Register

*
*
*
*
*
*

(*) niezbedne pola

Scroll Up