Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Dzień 4 - Playa Cocos Grande

Playa Grande

 

Rano znajdujemy bank i próbujmy wydobyć z bankomatu pieniądze. Mimo wielu prób, wpisywania cyferek z peselu i pomocy kilku osób, bankomat wypluwa tylko zadrukowane karteczki. Domyślamy się, że z racji niedzieli i wczorajszego święta -1 listopada, nie został jeszcze napełniony banknotami. Piotr robi kurs po wiosce i w końcu udaje mu się wymienić kilka dolarów.

Czekamy na autobus prawie dwie godziny. Ruszamy koło południa. Znów trzy godziny szaleńczej jazdy. Ten kierowca, na moje szczęście, nie ma duszy rajdowca i jedzie spokojniej. Dzięki temu tylko trochę zielona i roztrzęsiona wysiadam w Maracay.

Zaczyna się szukanie autobusu. Bezpośredniego nie ma. Któryś z kierowców radzi nam jechać do Moron. Tam przesiądziemy się na autobus do Chichiriviche. Kurs kosztuje 40bf. Pytam jak długo będziemy jechać. Przy okazji okazuje się, że wenezuelskie godziny są o wiele dłuższe niż europejskie. Ich dwie, to nasze trzy, a czasem nawet cztery. Za kurs płacimy dolarami, resztkę wymieniamy u pasażerów po kursie 1$=10bf. Dziewczyna, która sama zaproponowała odkupienie waluty, tłumaczy nam, że absolutnie nie wolno nam nikomu nawet pokazywać banknotów innych niż Boliwary, bo to grozi więzieniem:)

Jedziemy sobie autostradą, na której zmieściłyby się trzy pasy ruchu. Nie ma na niej linii, więc pasy są umowne. Jest ich pięć, a momentami sześć. Autobus jedzie z prędkością 140-150km/h Wszyscy bardzo się spieszą, wyprzedzają się nawzajem, kierunkowskazy albo są zbędne, albo nie mają czasu ich włączać. Zrobiło się ciemno, więc zapalają światła. Pozycyjne! Jedziemy tak sobie prawie w kompletnych ciemnościach, z prędkością wyścigową, po zatłoczonej autostradzie bez wytyczonych pasów, przez wenezuelskie 2 godziny. Szczęście, że chociaż autobusem bez klimatyzacji i muzyka trochę mniej głośna.

Wyspa przed burzą

 

Wysiadamy żegnani przyjaznym uśmiechem kierowcy i życzliwą radą; ''zdejmij łańcuszek i schowajcie pieniądze''. Na ulicy pełno ludzi, ciemno, gwarno, jak na nocnym bazarze w Polsce. Znajdujemy miejsce odjazdów autobusów. Jest już po dwudziestej. Dziś nic już nie jedzie. Możemy wziąć taxi za 200bf. Siadamy na schodku i zastanawiamy się co robić. Jakaś kobieta konspiracyjne szepcze do nas; ''nie siedźcie tu. Idźcie stąd, tu nie jest bezpiecznie''. Z daleka widać szyld HOTEL. Decydujemy się pójść tam i zapytać o cenę. Czujemy na sobie wzrok taksujący i oceniający ile możemy mieć kasy. Postanawiamy zostać na tę noc w hotelu, choćby miał nas zrujnować. Okazuje się, że nocleg kosztuje tyle co taxi; 200bf. i można zapłacić kartą. Pokój nie powala urodą, ale jest łazienka. Kąpiemy się z zachwytem, robimy pranie i zasypiamy w łóżku. Szczekające psy, hałasujące samochody, piejące koguty przeszkadzają tylko trochę.

Wyspani, szczęśliwi i świeżutcy zastanawiamy się rano czy pójść po zakupy, czy jechać od razu dalej. Pokój się nie zamyka, po wyjściu na korytarz natykamy się z miejsca na kilku mieszkańców, spoglądających na nas z zaciekawieniem. Chyba jednak zabierzemy plecaki i zjemy śniadanie po drodze.

Autobus znajdujemy natychmiast, nawet nie zdążamy wejść do sklepu. Jedziemy wenezuelską godzinę, czyli prawie dwie europejskie. Po drodze oglądamy krajobrazy. Rozlewiska, brzeg oceanu, ciekawa roślinność, intensywnie czerwone, wielkie ptaki... Obok nas młodzieniec jadący do pracy śpiewa sobie razem z radiem. Śpiewa głośno, ma piękny głos. Uśmiechamy się do niego, robi nam się wesoło. Rozglądamy się. Weseli, pełni życia ludzie, zaczynają nowy dzień. Tak. To właśnie chcieliśmy tu zobaczyć.

W Chichirivici pytamy o plażę. Po drodze robimy zakupy w jakimś markecie. Lepiej tu trochę z zaopatrzeniem, ale ceny, ze względu na bankowy przelicznik, wysokie. Dochodzimy do brzegu oceanu, rozglądamy się. Dziesiątki motorówek zaparkowanych przy brzegu, dwa pomosty, jedno molo. Plaży brak. Pytamy o nią i dowiadujemy się, że trzeba płynąć na wyspę. Cennik, proszę bardzo. Najtańszy kurs 200bf, dalsze wyspy 250, 300, 400. No to pięknie! Nie rozbijemy przecież namiotu na betonie w porcie, musimy mieć jakąś plażę. Przecież na pewno gdzieś tu jest jakiś kawałek piachu. Mimo upału, po godzinnym siedzeniu na betonowym molo, postanawiamy iść poszukać.

Uzupełniamy trochę prowiant i ruszamy na wycieczkę wzdłuż brzegu. Gorąco i ciężkie plecaki nie są sprzymierzeńcami, ale po kilkudziesięciu minutach docieramy do plaży miejskiej; Grande Cocos. Byłaby piękna, gdyby nie sterty śmieci. Idziemy sobie wzdłuż niej, żeby znaleźć miejsce na namiot. Im dalej, tym bardziej brudno. Kazik znów zaczyna śpiewać w mojej głowie i mimo piachu pod stopami i morskiej bryzy z oceanu czujemy się trochę jak nocą na dworcu w Kutnie. W końcu rzucamy plecaki, poświęcamy pół godziny na sprzątnięcie placyku wielkości 100m2 i rozstawiamy nasz domek. Postanawiamy patrzeć wybiórczo i widzieć tylko ten sprzątnięty kawałek piachu i ocean.

Po kilku godzinach wsłuchiwania się w szum fal, zachwyceni słońcem i miękkim piaskiem zasypiamy z twarzami przy moskitierze. W nocy jest pełnia, otwieram oczy i …wrzask, który się ze mnie wydobył budzi Piotra. Zaskoczony moim mrożącym krew w żyłach krzykiem, wyrwany ze snu, wrzeszczy równie głośno. Krab, wielkości talerza, który siedział sobie na moskitierze i tak mnie przestraszył swoim wyglądem, najprawdopodobniej dostał zawału albo pomieszania zmysłów. A my przez następną godzinę tarzamy się ze śmiechu. Jak można było tak wystraszyć biedne zwierzątko?!

Rozbawieni, dochodzimy do wniosku, że trudno, nie ma co liczyć kasy, trzeba korzystać z tych Karaibów i płynąć jutro na wyspę. Zasypiamy pełni nadziei, że tam dopiero zaczną się wakacje...

Mapa WenezueliZnajdź

Czy wiesz że?Wiki

Las Tetas de Maria Guevara

...nazwa dosłownie oznacza cycki Marii Guevary. Jak sama nazwa wskazuje, wzgórza przypominają...

 (czytaj więcej)

S5 Box

Register

*
*
*
*
*
*

(*) niezbedne pola

Scroll Up